niedziela, 28 sierpnia 2016

CZEGO NIE LUBIĘ W FITNESSOWEJ BLOGOSFERZE

Były już wpisy na innych blogach o tym, co jest wkurwiające na blogach podróżniczych, kulinarnych, lajfstajlowych i wielu wielu innych. Natomiast jakoś nie znalazłem niczego o blogach sportowych. Pora więc to naprawić.











 

Kult wegetarianizmu

Specjalnie od tego zacząłem, żeby był większy ból dupy :) Doskonale rozumiem, że blogosfera rządzi się dokładnie tymi samymi prawami, co inne media, czyli jak jest popyt to i podaż się znajdzie. Akurat od jakiegoś czasu bycie wege jest na tyle modne, że wszyscy o tym radośnie trąbią ale wypadałoby zachować pewne granice rozsądku. Jeżeli chodzi o dostępne badania na ten temat to są one bardzo różne, zaczynając od tego, że wegetarianie żyją dłużej, a skończywszy na tym, że wegetarianizm może prowadzić do różnych chorób w tym psychicznych. Ale w sumie nie o to mi chodzi, niech sobie każdy je co mu się podoba, dopóki nie robi z siebie proroka dobrej wegetariańskiej nowiny i każdego, kto lubi sobie zjeść pysznego kotleta ze świńskiej dupy czy innego mięska nazywa drapieżnikiem czy bezdusznym mordercą to wszystko jest w porządku.

Mam koleżankę, która jak coś kupuje sobie w sklepie to zwraca uwagę na to, czy dany produkt był testowany na zwierzętach czy nie. Ja sobie akurat tym głowy nie zawracam, koleżanka o tym doskonale wie, ale nie próbuje mnie nawracać na swoje przekonania. Ja ją zresztą też nie w myśl zasady "żyj i daj żyć innym". I to się nazywa, kochani wegetariański bólodupowcy, poszanowanie drugiej osoby, polecam, to naprawdę ułatwia życie. To samo się dotyczy zawalania swoich blogów, instagramów, facebooków milionem zdjęć i filmików o tym, jak to niby przygotowywane jest mięso, wędliny czy inne smaczne jedzonko. Do pełni szczęścia przydałby się jeszcze nr konta bankowego w opisie zdjęcia czy filmiku na które oburzony losem biednych zwierzątek widz powinien przelać pieniądze.



Maminsynkowatość

Odnoszę wrażenie, że autorzy blogów o fitnessie, aerobicu i zumbie zamiast opracowywać lub przestawiać programy, które faktycznie pomogłyby zrzucić nadwagę, nabrać siły i wytrzymałości, przedstawiają tylko to, co na pewno wykona typowy przedstawiciel naszego coraz słabszego i coraz bardziej otyłego społeczeństwa. Nie mówię, że to złe, bo należy przedstawiać różne programy treningowe, zarówno dla tych, którzy dopiero co zaczynają swoją przygodę z aktywnością fizyczną oraz dla tych, dla których zrobienie pompki na jednej ręce nie stanowi większego problemu. Natomiast jak widzę programy treningowe polegające na zrobieniu kilkudziesięciu zwykłych pompek, trochę podciągania na drążku, przysiadów, jakichś brzuszków, które nie powinny stanowić problemu dla przeciętnie sprawnego człowieka, a które są przedstawione jako "hardcore" to mi witki opadają :)

Dodatkowo jak niektórzy jeszcze na swoich blogaskach piszą, że nie dają z siebie wszystkiego no bo niby chcą ćwiczyć ale tak naprawdę to sport nie jest ich priorytetem (wymyślanie różnych racjonalizacji opanowane na poziomie mistrzowskim) to już nie wiem co mam o tym myśleć. Jeszcze trochę, a zalecane przez niektórych blogerów ćwiczenia nie będą się różniły intensywnością od ćwiczeń rehabilitacyjnych w domach spokojnej starości.

Na szczęście mniej więcej od czasu wydania pierwszej części "Skazanego na trening" zaczęły się pojawiać różne ciekawe projekty na Youtube takie jak Calisthenics Movement, czy choćby nasz rodzimy Życie na sportowo które pokazują prawidłowe podejście do aktywności fizycznej.

No pain no gain

Czyli przeginka w drugą stronę. Z tym najczęściej się stykałem, bo kilku czytelników już do mnie pisało o tym na fejsie, że dla nich udany trening to taki, po którym czują się jakby ich pociąg rozjechał. Z drugiej strony pytali się mnie też, co mają robić, bo od tych treningów czują jakieś dziwne bóle, łapią kontuzję itd. Przetrenowywanie się jest chyba jeszcze gorsze niż maminsynkowatość, bo o ile to ostatnie po prostu nie da Ci żadnego efektu, to jeśli będziesz się przetrenowywał to możesz zrobić sobie kuku. 

Od początku tłukłem na swoim blogu, że lepiej jest robić umiarkowane treningi, nawet poniżej swoich możliwości, ale za to regularnie. W ten sposób powoli będziesz dochodził do coraz lepszych wyników i nie ma to nic wspólnego z maminsynkowatością - co innego zachowywać margines bezpieczeństwa, a co innego robić różne dziwne rzeczy, które nijak nie przełożą się na wyniki w danej dyscyplinie.

Chcesz robić pompki na jednej ręce, podnosić 200kg w martwym ciągu czy 100 rwań z 24 kilogramowym kettlem? Proszę bardzo, ale dochodź do tego stopniowo. Rzucanie się od razu na ostry trening bez przygotowania nie świadczy o tym, że jesteś twardzielem, tylko zwykłym narwańcem.

Hajs, hajs, hajs, hajs

To, że na blogach i youtubowych kanałach się zarabia, każdy wie i nikt normalny nie ma z tym problemu. Ale kiedyś mój wujaszek skomentował pojawianie się reklam na pewnym kanale telewizyjnym: "i znów przerwali te reklamy jakimś głupim filmem". I to samo widzę u niektórych blogerów czy youtuberów. Chcesz zacząć ćwiczyć? Obowiązkowo kup sobie karnet na siłkę, do tego całą masę różnych supli. Chcesz przebiec maraton? Kup sobie buty za 500zł, koszulkę za 300zł, pulsometr za kolejne kilka stówek, masę innych rzeczy, zupełnie jakbyś szykował się na wojnę atomową :)

Owszem, wsparcie technologiczne jest potrzebne, ale dopiero od pewnego stopnia zaawansowania. Jeżeli chcesz złamać powiedzmy 3,5 godziny w maratonie - niewątpliwie dobre buty i pulsomtre Ci się przydadzą. Natomiast jeśli chcesz po prostu przebiec 10 km, nawet kilka razy się zatrzymując - to wystarczą zwykłe najtańsze buty do biegania i ubranie kupione nawet na bazarku. Sprzęt jeszcze za nikogo nie przebiegł maratonu, nie zgubił brzuszka, ani nie nabrał siły. To Ty trenujesz, a sprzęt ewentualnie może Ci tylko pomóc.

Od czytania blogów można dostać cukrzycy

A w najlepszym wypadku mogą stanowić dobre lekarstwo na bezsenność - bo są takie nudne. Żadnego polotu, nic co by mogło kogoś urazić i wszystko oczywiście takie różowiutkie, puchate i nudne jak flaki z olejem. Dlatego lubię oglądać np. Adriana z Zycie na sportowo, bo chłopak nie tylko wie o czym mówi, ale także ma charyzmę, jego filmy są ciekawe, czasem przeklnie jak trzeba, ale ponad 21 tysięcy subów (w tym jeden ode mnie) o czymś świadczy.

Od początku postawiłem sobie za cel, że na moim blogu będzie maksimum efektywności, minimum wydatków i zero słodko pierdzenia, które może i jest miłe w czytaniu ale nic nie daje. Wolę czasem napisać coś przewrotnego, kontrowersyjnego, czasem rzucić jakąś kurwą jak komentuję jakiś naprawdę gruby odlot ale chcę, aby wszystko to, co znajdziesz na tym blogu przyniosło Ci jak najwięcej korzyści. Nawet jak od tego być może zaboli Cię dupa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz